Gdy bierzemy udział w interwencjach na granicy polsko-białoruskiej, zawsze gdy tylko jest to możliwe, zabieramy z lasu mokre ubrania osób, którym udzieliłyśmy pomocy humanitarnej i które zdążyły przebrać się w suche rzeczy. Chodzi o to, żeby nie zaśmiecać puszczy, ale też o to, że część tych ubrań można nadaje się do powtórnego użycia. Przeglądamy je później, suszymy, segregujemy i odkładamy te, które po wypraniu mogą jeszcze komuś się przydać.
W ostatnich latach przez moje ręce przechodziły wszystkie marki świata. Od rzeczy z najtańszych sieciówek, przez sportowe bluzy, kurtki, buty na obcasach i adidasy ze znanymi logotypami, po ubrania uznawane za luksusowe. Niektóre z nich luksus udawały tak bardzo, że na jednej bluzie potrafiły spotkać się znaki kilku różnych firm.
Zresztą bardzo podobne rzeczy moje znajome i moi znajomi przywozili sobie z dalekich zagranicznych wycieczek. Torby, bluzy i buty z logo marek, na które w oficjalnych europejskich sklepach nie byłoby ich stać. Z tego, że chodzą w ubraniach, które w innym obiegu kosztowałyby wielokrotnie więcej, nikt nie robi wielkiej sprawy. Dopóki takie logo pojawia się na bluzie turysty czy turystki wracających z wakacji, jest najwyżej anegdotą o udanym targowaniu się albo sprytnym zakupie.
Wystarczy, że ten sam symbol widnieje na bluzie osoby uchodźczej, by zaczął działać jak dowód przeciwko niej. Trudno o tym pisać, tak absurdalny wydaje mi się argument, że kilka podłużnych pasków albo inny rozpoznawalny znak mogą anulować czyjąś ucieczkę, strach lub doświadczenie przemocy, ale bywa, że markowe ubrania przestają być po prostu rzeczą, a stają się oskarżeniem.
Skoro ktoś ma coś „porządnego”, może nie jest naprawdę w potrzebie. Skoro wygląda tak dobrze, może jego cierpienie jest podejrzane. Może jest oszustem. Może nie zasługuje na ochronę międzynarodową.
Jak wygląda osoba w drodze?
To, że wymyślony temat luksusowych ubrań, smartfonów i drogich samochodów – jak w przypadku osób uciekających z Ukrainy – podgrzewa się w mediach antyuchodźczych, nie dziwi mnie. Niestety przestało mnie już dziwić także to, że podobne rozumowanie bywa powielane w mediach, które prezentują się jako tolerancyjne i progresywne. Ten sam świat marek, trendów i aspiracyjnej konsumpcji potrafi bez większego zakłopotania przerobić lęk, wojnę, przemoc i migrację na styl – ze szkodą dla rozmów o samej migracji.
W jednym z tekstów o trendach na wiosnę i lato 2024 w popularnym czasopiśmie można było przeczytać o kompletowaniu odzienia z tego, co się ma pod ręką. O wielkich torbach, które „w razie noclegu w przypadkowym miejscu mogą służyć za podpórkę pod głowę”. Na zdjęciach: modele i modelki w bojówkach oraz kamizelkach przypominających ratunkowe. Wojenny lęk, ucieczka, uchodźstwo i kryzys stały się modową inspiracją.
Nie chcę zrównywać intencji liberalnego magazynu z intencjami przeciwników migracji. Mam na myśli coś subtelniejszego i może przez to bardziej niepokojącego: obie strony, choć z zupełnie innych pozycji, próbują zarządzać obrazem osoby w drodze.
Jedni mówią: jeśli masz dobre buty, markową kurtkę albo smartfon, nie jesteś prawdziwym uchodźcą czy uchodźczynią. A drudzy? Mówią właściwie to samo, tylko innym językiem: oto jak wygląda ktoś, kto jest w drodze. Miał i miała szansę się przygotować, zapewnić sobie wygodny i ciepły ubiór, zapewniający dobry kamuflaż, użyteczny, a jednocześnie skromny.
Dysonans pojawia się wtedy, gdy konfrontuje się modeli i modelki ze zdjęć z tym, w jakich ubraniach naprawdę przybywają do nas osoby uchodźcze. Nie wszyscy mężczyźni mają na sobie zielone spodnie z kieszeniami, nie wszystkie kobiety – włosy w nieładzie. Pamiętam grupy osób w lesie, które po przebraniu się w czyste ubrania psikały się perfumami. Pamiętam ludzi, którzy po rozgrzaniu się herbatą czy zupą uśmiechali się do nas szeroko. Modele i modelki na zdjęciach modowych mają wyłącznie smutne i zacięte miny.
Kontrola ubioru
Choć brzmi to idiotycznie, od lat powraca również figura „uchodźcy ze smartfonem”. Czasami odnoszę wrażenie, że wystarczy telefon – dla osoby w drodze będący jednocześnie mapą, tłumaczem, dokumentem i kontaktem z rodziną – żeby ktoś zapytał: Oho, czy to na pewno są „prawdziwi” uchodźcy? Czy aby ktoś nas tu nie próbuje oszukać?
O ile jeszcze nie jesteśmy uzależnieni od telefonów, to z pewnością wielu z nas niebezpiecznie zbliża się do tej granicy. Trudno nam się z nimi rozstać. Znam takie osoby i nie muszę szukać daleko – wystarczy, że spojrzę w lustro. Telefony zabieramy ze sobą nawet do toalety. Scrollujemy, gramy w gierki i czatujemy w tramwajach, na przystankach i w poczekalniach.
Z jakiegoś powodu w tej narracji za logiczne uchodzi oczekiwanie, że osoby migrujące przebędą pół świata bez smartfona albo z telefonem na guziki.
W wyobrażeniu części osób telefon w ręku osoby uchodźczej jest luksusem. W rzeczywistości bardzo często jest narzędziem przetrwania. Miejscem, w którym przechowuje się zaświadczenia od lekarzy, ze szkoły czy urzędu, a także numery do organizacji pomocowych.
Bardzo krzywdzący jest też obraz „prawdziwego uchodźcy” jako osoby skrajnie biednej, widocznie zrozpaczonej i pozbawionej wszystkiego, co kojarzy się z normalnym życiem. Zdarza się nam oczekiwać, że cierpienie będzie miało określoną estetykę. Dlaczego wciąż oceniamy osoby uchodźcze przez pryzmat tego, co mają na sobie?
Obowiązek wdzięczności
Pamiętam, jak wiele wysiłku sprawiały mi – przynajmniej na początku – rozmowy z osobami w lesie na pograniczu polsko-białoruskim. Zastanawiałam się: Czy nie są zbyt zmęczeni? Czy nie zmuszają się do rozmowy, żeby podziękować mi za zupę i ciepłe ubrania? Czy chcą mówić o swojej przeszłości? I czy chcą o tym rozmawiać właśnie ze mną?
Kilka razy zdarzyło mi się też pomyśleć – i nie jestem z tego dumna – że osoby spotkane w lesie wydawały się jakoś obojętne. Że nie były wystarczająco entuzjastyczne. Że może powinny wyraźniej okazać wdzięczność.
Z perspektywy czasu kluczowe jest właśnie zauważenie tego odruchu u siebie i przyjrzenie się mu, zanim zamieni się w ocenę.
Osoba, której udzielono pomocy, nadal ma prawo do granic. Do zmęczenia, milczenia, złości i krytyki. Czy to w pogranicznym lesie, czy w dowolnym polskim mieście lub wsi – wciąż ma prawo powiedzieć, że coś ją upokarza, boli albo przerasta. Ma prawo nie być idealną beneficjentką czy idealnym beneficjentem pomocy. Ma prawo być rozdrażniona, zagubiona, nieufna, cicha, stanowcza.
Jestem pewna, że trauma, historie z przeszłości czy nawet powody migracji nie są dokumentem, który trzeba okazywać każdemu na życzenie. Nie są ceną, którą płaci się za czyjąś uwagę czy pomoc. Człowiek ma prawo opowiedzieć tyle, ile chce, wtedy, kiedy chce, i osobie, której ufa. Ma też prawo nie opowiadać nic.
Ilu i ile z nas ma tendencję do „zamarzania” w sytuacjach trudnych i wie, że milczenie nie oznacza kłamstwa? Brak opowieści albo opowieść chaotyczna nie oznaczają, że coś się nie wydarzyło.
Socjal jako dowód podejrzany
Do tego dochodzi stygmatyzacja za korzystanie z należnego wsparcia socjalnego. Świadczenia pieniężne, konsultacje prawne, wsparcie psychologiczne, asysta w kontakcie z urzędem, szkołą czy lekarzem bywają przedstawiane nie jako narzędzie integracji, ale jako dowód cwaniactwa.
Korzystanie z należnej pomocy nie odbiera nikomu godności – ani osobie urodzonej w Polsce, ani osobie uchodźczej czy migranckiej. Nie czyni jej mniej wartościową. Myślę, że warto przyjrzeć się temu, jak działa ten podwójny standard: od osób uchodźczych wymaga się biedy jako dowodu cierpienia, ale potem karze się je za biedę. Wymaga się samodzielności, ale gdy zaczynają sobie radzić, oskarża się je o oszustwo. Brzmi to jak upiorny system wymówek.
Są to z pewnością banały, ale wolę je powtarzać niż milczeć w ważnej sprawie.
Uchodźstwo odbiera ludziom dom i bezpieczeństwo, ale nie odbiera im przeszłości, charakteru, osobowości, a nawet gustu. Nie odbiera im tej całej pięknej, ludzkiej złożoności. A my, jestem o tym przekonana, nie możemy żadnemu człowiekowi odbierać prawa do godności.
Olga Stawińska – tłumaczka literatury słowackiej i czeskiej, absolwentka słowacystyki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Współpracuje z czasopismami, festiwalami i instytucjami kultury. W jej przekładzie ukazały się m.in. Dom głuchego Petera Krištúfka, Rivers of Babylon Petera Pišťanka, Agáta Denisy Fulmekovej oraz Jednorożce Barbory Hrínovej. Wspólnie z Magdaleną Bystrzak przełożyła także Jedzenie Ivana Medešiego. Pod pseudonimem publikuje prozę. Od 2022 roku jest wolontariuszką Fundacji Ocalenie i działa na granicy polsko-białoruskiej.
Źródła:
- Kacalak Magdalena, Trendy wiosna/lato 2024, „Wysokie Obcasy”, 30 marca 2024, link, dostęp: 20.06.2026.
- Pellander Saara, Kotilainen Noora, (Not) Looking Like a Refugee: Visual Memories of Refugeeness and the Figure of ‘The iPhone Man’, Oxford Law Blogs / Border Criminologies, 16 czerwca 2017, link, dostęp: 20.06.2026.
Artykuł powstał w ramach Projektu FAMI.02.01-IZ.00-0087/25: „Razem na rzecz spójności społecznej. Długotrwała integracja osób cudzoziemskich w społeczeństwie przyjmującym”. Czas trwania Projektu: 01.01.2026 – 31.12.2028. 